Słońce raziło jej oczy. Przymrużyła je, po czym dalej zajmowała się swoimi sprawami/ Henry siedział na ściętym pniu drzewa głaszcząc psa. Czarny Robbin merdał przyjaźnie ogonem. Zaczęły ją piec dłonie. Wyrywanie chwastów gołymi rękoma nie było najlepszym pomysłem. Przeciągnęła się i dotknęła obolałymi dłońmi czubek głowy. Brązowe włosy były gorące, nagrzane od słońca które dzisiaj wyżywało się na wszystkich którzy byli na zewnątrz.
Postanowiła zrobić sobie przerwę, podeszła do siwowłosego dziadka. Mały owczarek odstąpił od swojego pana, i zaczął kręcić się dookoła nóg Lii. Dziadek obejrzał się za siebie z kamiennym wyrazem twarzy.
-Skończyłaś?-zapytał krótko.
-Nie-odpowiedziała. Dziadek spuścił wzrok, po czym odwrócił się z powrotem-Nie jest ci zbyt ciepło?-zapytała z troską.
Staruszek ubrany był w grubą koszulę, spodnie z grubego materiału i ciężkie buty. Lia w takim stroju byłaby już spocona. Dziadek nie okazywał żadnych zmian fizycznych z powodu zbyt wysokiej temperatury.
-Powinniśmy się cieszyć-zaczął-iż słońce, nadal chce dla nas świecić.
Zawsze odpowiadał w ten sposób. Zawsze miał na coś logiczne wyjaśnienie. Lia zazdrościła, że nie odziedziczyła po nim umysłu filozofa. Ledwo radziła sobie z najmniejszym problemem. Jeżeli płacz i bezradność, można nazwać radzeniem sobie z czymś.
Odrzuciła do tyłu długie włosy. Czuła że długa do kostek suknia jest już kompletnie przepocona. Rzuciła ostatnie spojrzenie na dziadka, by po chwili wejść do małego, drewnianego, chłodnego (dzięki Bogu) domku. Otworzyła kufer z sukniami znajdujący się w jej sypialni, i przebrała się w wyblakło niebieską. Przeczesała włosy grzebieniem z kości słoniowej. Dostała go od dziadka gdy wrócił z wyprawy na daleki zachód. Jakże żałowała że nie ma lustra w swojej sypialni.
Dziadek uważał że lustra tylko wzmacniają naszą próżność, ale mimo wszystko zgodził się na lusterko w holu. Podeszła do niego i wpatrzyła się w swoje odbicie.
Miała cudowną jasną cerę i piwne oczy z ciemnymi, długimi, gęstymi rzęsami, które kusiły gdy przymrużała je delikatnie. Pełne usta miały kolor jasnej czerwieni. Najbardziej podobały jej się włosy. Długie, faliste lecz nie kręcone, sięgały do pasa, błyszczały w słońcu. Rzadko je związywała, najczęściej zwisały luzem wzdłuż jej pleców. Z sylwetki także była niczego sobie. Wydatny biust i zaokrąglone biodra, z gracją ozdabiały jej ciało. Żałowała jedynie, że nie ma długich nóg.
Wyszła z powrotem na zewnątrz. Poczuła falę gorąca stworzoną przez rozpromienione słońce. Zaczęło jej się powoli nudzić w domu. Postanowiła przejść się w stronę miasta.
-Dziadku, idę.
-Idź-odpowiedział bez emocji.
Otworzyła furtkę i wyszła na polną ścieżkę prowadzącą przez las do miasteczka. Lubiła tędy chodzić. Właściwie, w ogóle lubiła lasy. Często gdy była mała, wraz z dziadkiem chodziła tutaj na grzyby i nie tylko. Bawili się w chowanego, lub śpiewali piosenki. Wtedy dziadek był inny. Teraz jakby posmutniał, wszystko przestało go obchodzić. Nie był tym samym wesołym dziadkiem, tylko żyjącym monotonnie staruszkiem. Szła tak spory czas, aż znalazła się w samym sercu lasu. Tutaj było najchłodniej. Lii spodobały się te klimaty, przysiadła na małym pniu odchylając do tyłu głowę. Ptaki siedziały na gałęzi, ćwierkając radośnie. Przelatywały z jednej, na drugą. Ten widok hipnotyzował, nie można było odwrócić wzroku. Poza tym, nie było tu ani odrobiny słońca. Samiutkie drzewa... Lia przymknęła oczy i głęboko westchnęła...
Nagle poczuła lodowate dłonie na swoich ramionach. Z przerażeniem otworzyła oczy, szybko odwróciła głowę. Na jej twarzy przerażenie ustąpiło miejsca irytacji.
George zaśmiewał się w najlepsze, leżąc na plecach na zimnej ziemi. Jego jasno brązowe włosy były w starannie ułożonym nieładzie, a w miodowych oczach błyszczały iskierki zabawy.
Dziewczyna wstała z pnia, ominęła jego ciało leżące na trawie, i poszła dalej. George poderwał się ziemi starając powstrzymać śmiech.
-Lia! No przestań!-uśmiechał się szeroko-Chyba się nie obraziłaś?
-Nie obraziłam się, po prostu prosiłam cię, abyś za mną nie chodził.
-Nie chodzę za tobą, znaleźliśmy się tu razem przypadkowo-wyszczerzył idealne zęby.
-I dlatego, nagle się za mną znalazłeś i starałeś się mnie przestraszyć?-uniosła brwi. George zaśmiał się.
-Udało mi się, tak nawiasem mówiąc?
-George... ja ci obiecuję, że kiedyś rzucę cię na pożarcie smoku!
-Nie możesz, jesteś zbyt tchórzliwa-mruknął.
Lia spojrzała na niego kpiącym spojrzeniem.
-Mówisz, że jestem tchórzem?
-Skądże-odwrócił głowę.
-George, najwyraźniej nic o mnie nie wiesz.
-I to jest jeden z powodów dla którego musimy się częściej spotykać!-wyszczerzył się, podnosząc się z ziemi, podszedł do brunetki-Więc jak, Lio? Zechcesz uraczyć mnie towarzystwem?
Piętnastolatka musiała przyznać że podobało jej się to, iż była od niego niższa i młodsza. George miał może metr osiemdziesiąt, ona metr siedemdziesiąt. Do tego, brunet miał już osiemnaście lat. Jednak, to mu nie przeszkadzało by zachowywać się jak dziecko, pomyślała z przekąsem.
-Tylko dlatego, abyś w końcu dał mi spokój-uśmiechnęła się, przewracając oczami.
(może lepiej że nie daje spokoju)
-Znam świetnie miejsce!-złapał ją za rękę i już biegł w stronę wschodnią lasu. Lia całkowicie pozwoliła mu sobą kierować (ostatni raz, ostatni raz) i stawiała nogi za nim, bez najmniejszego pojęcia gdzie ją prowadzi. Zrobiło jej się zimno. Dostała gęsiej skórki.
Po chwili znaleźli się na piaskowym dołku, naprzeciwko znajdowała się woda. Dookoła wody rosła trzcina, gdzieniegdzie leżały brudne i czyste kamienie. W samym rogu dołka znajdował się wielki, głaz za którym była jakaś dziura. Lii zrobiło się o wiele cieplej na słońcu. Jednak musiała przyznać że się zawiodła.
-Tym świetnym miejscem jest jakiś zabrudzony staw?-zapytała z nutką ironii w głosie.
-Nie dostrzegasz całego piękna-skarcił towarzyszkę-Spójrz, jak tu spokojnie. Nawet nie czuć tego gorąca, czy zimna co w lesie. Piasek też nie jest zbyt suchy, ani zbyt mokry. Nie słychać nawet śpiewu ptaków, je też zahipnotyzował obecny tu spokój-spojrzał na nią-Widzisz to teraz?
Miał poważny wyraz twarzy. Rzadko mogła go zobaczyć w takim stanie. Kiedy się nie wydurniał...
-Co jest za tą skałą?-starała się zmienić temat. Ta cała rozmowa o uczuciach...
-Sam nie wiem, nigdy tam nie zaglądałem-mruknął.
-Trzeba to sprawdzić!-ruszyła żwawym krokiem w stronę mosiężnej skały. Z daleka wydawała się mniejsza, Lia musiała skakać aby się na nią wspiąć. Uklękła na niej na kolanach, próbowała dojrzeć co znajduje się za skałą. Było strasznie ciemno.
-Lia, Lia!-słyszała krzyki George'a-Uważaj, spadniesz!
Odwróciła się z irytacją na twarzy, i westchnęła.
-W takim razie bądź mężczyzną, i mnie przytrzymaj!-zawołała, a policzki George'a zaróżowiały. Mimo wszystko podbiegł do Lii, i złapał ją w talii. Brunetka wyciągnęła się w stronę dołka, machając ręką próbując coś złapać.
-Masz coś?-zapytał George, próbując zajrzeć w ową dziurę.
Nie zwracała na niego uwagi, coś dostało się w jej dłoń. Coś małego, zimnego i ostrego. Rozcięła sobie o to palec. Wciągnęła się z powrotem, i usiadła na skale. George nachylił się nad jej dłońmi. Rozwarła je. Mały, ciemno niebieski kryształek kaleczył jej dłoń, przy czym świecił w słońcu jasnymi promieniami.
-Co to?-mruknął George.
Nieprzytomna Lia wpadła mu bezwładnie w ramiona. *